„Lady Australia: obraz, słowo, dźwięk. Iluminacja” Marek Tomalik

  • Destination: Australia

„Lady Australia” Marek Tomalik

Katarzyna Kucharska

Jeśli chciałbyś kiedyś napisać list miłosny, a nie wiesz, jak się do niego zabrać, zajrzyj do książek Marka Tomalika. Tam kochanką jest Australia, a Tomalik na różne sposoby wyznaje jej miłość. W żadnej mierze nie są to listy ckliwego Romea. Raczej teksty, w których australijska rzeczywistość, przyroda, klimat i ludzie mimo swoich wad, kaprysów, wyniosłości, są niczym wspomnienia z najpiękniejszych, najbardziej intensywnych, najbardziej namiętnych chwil sam na sam z piękną kobietą.

„(…) W zakamarkach szukałem wilgoci, odkryłem błyszczących wilgocią pępków kilka, z zadomowionymi zielonościami w kolorze moich oczu (…)” W. Blake

Dwie książki, dwa różne teksty. Australia – gdzie kwiaty rodzą się z ognia jest zapisem wypraw, jakie Tomalik zorganizował i przeprowadził przez australijskie bezdroża, napotkanych ludzi, zwierząt, natury, lokalnego kolorytu. Lady Australia zaś jest niezwykłym zapisem ulotnych chwil, wspomnień, smaków, wrażeń z tego czerwonego kontynentu.

Australia – gdzie kwiaty rodzą się z ognia oprócz przygód na szlakach wypraw zorganizowanych przez autora po bezdrożach i szlakiem odkrywcy dzikich terenów – Pawła Edmunda Strzeleckiego, obfituje w lokalne ciekawostki, historie spotkań z ludźmi poznanymi po drodze, jak np. wizyta u potomków Strzeleckiego, którego imieniem nazwanych jest wiele dróg i miejsc w Australii. Tomalik pisze zarówno o farmerach, których farmy są wielkości powierzchni Belgii lub Albanii, poszukiwaczach opali, emerytach w wiecznej podróży, mentalności Aussie i no worries – niemal narodowego motta Australijczyków. Jest też rozdział o zwierzętach. Rozbawiła mnie informacja, że kangury boją się własnego tupania i że tylko czekają, aż skończy się pogrzeb, by zjeść kwiaty pozostawione na świeżym grobie. Także o zwierzętach jadalnych i jadanych. Szczęśliwie kangurze mięso, choć podobno bardzo chude i zdrowe, jest popularne jedynie wśród turystów, bo mieszkańcy mają opory przed zjadaniem własnego symbolu narodowego. Co innego jeśli chodzi np. o krokodyla. Ten smakuje wszystkim.

Czytaj więcej na http://www.wiatremczytane.pl/australia-my-love/

źródło okładki: http://bezdroza.pl