Julia Altman

biogram

Samotna podróżniczka, zwiedzająca w miarę możliwości świat wzdłuż i wszerz, od kiedy ukończyła 18 lat. Obecnie studentka trzeciego roku na Globalnym Biznesie w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. W wolnym czasie zajmuję się (na razie) amatorską fotografią i graniem w softball w żeńskiej drużynie Warsaw Diamonds.

W wieku 18 lat wyjechałam na roczną wymianę do Idaho, USA, gdzie skończyłam liceum. Po pójściu na studia ciężko było mi jednak usiedzieć w miejscu i już na drugim roku zaczęłam poznawać Azję. Zaczynając od turystycznej podróży po Wietnamie, Kambodży i Tajlandii, kończąc na wolontariacie w Indiach i trekkingu po Nepalskich Himalajach. Nie minęło pół roku jak dostałam się na uczelnianą wymianę do Peru, gdzie spędziłam pół roku podróżując i studiując. Moja wymiana w Peru została zwieńczona wisienką na torcie – samotną podróżą autostopową po Patagoni.


OPIS PREZENTACJI:

Autostopem po Patagonii

Patagonię po raz pierwszy ujrzałam w wieku 14 lat, na pokazach slajdów. To był moment natychmiastowego zakochania i już nic nie było mnie w stanie odwieść od mojej podróży do Patagonii. Wszystkie czynności i akcje, które podejmowałam od tamtego momentu, miały na celu tylko jedno – przemierzyć Patagonię wzdłuż i wszerz. Możliwości przyszły jednak dopiero na studiach, które umożliwiły mi naukę hiszpańskiego (będącej dla mnie podstawą podstaw, jeżeli chciałam przeżyć wyjątkowe i całościowe doświadczenie) oraz mój pierwszy wyjazd do Ameryki Południowej. Na trzecim roku studiów, już z podstawami języka hiszpańskiego, zostałam zaakceptowana na wyjazd na wymianę do Peru. Był to dla mnie pierwszy krok – miałam spędzić pięć miesięcy poznając kulturę latynoską, szkolić swój język, a po wymianie bezpośrednio wyjechać do Patagonii. Swoją podróż zaczęłam planować już na wiele miesięcy przed wyjazdem. Tymże sposobem, na dwa miesiące przed styczniem (który zaczynał moja podróż), miałam już wszystko podopinane, wliczając w to noclegi, trasę i loty. Jednak na dwa tygodnie przed lotem z Limy do Santiago stało się coś, czego nie przewidywałam w swoich planach. Poczułam, jak to jest być bardzo skrzywdzoną i jak to jest rozsypać się na małe kawałki. Mój cały świat się zawalił, próbowałam poukładać sobie to wszystko w głowie, ale przychodziło mi to z ogromnym trudem. Postanowiłam wrócić do domu. Zbliżał się okres świąteczny, a ja potrzebowałam wsparcia, bliskości, rodziny i przyjaciół. Bałam się, że to koniec mojego marzenia. Bałam się, że nie będę w stanie stanąć na nogi i wrócić do Patagonii, tak jak to miałam zaplanowane. W domu dni mijały szybko, a decyzja odnośnie powrotu do Chile ciągle była do podjęcia. Minęły święta, czułam się na tyle lepiej, że powoli zaczęłam wierzyć w to, że odzyskałam siły. Zakup biletu do Santiago był szybki i niespodziewany. Uznałam, że jeżeli nie wyjadę teraz, to nigdy sobie tego nie wybaczę. Trzy dni później byłam już w samolocie, zastanawiając się, co takiego i dlaczego to robię. Ale było już za późno.

Właśnie zaczynałam podróż swojego życia. Miałam zamiar przeprawić się z początku Patagonii – Puerto Montt, aż na sam koniec, na tak zwany „koniec świata” – Ushuaia, leżący po argentyńskiej stronie Patagoni. Miałam na to dokładnie sześć tygodni (w związku ze wcześniej już zakupionymi biletami lotniczymi). Zgodnie z planem miałam przemieszczać się autostopem (ok. 2000 km.) i spać u lokalsów (couchsurfing). Nie tylko niesamowicie to ratowało mój budżet (a raczej jego brak), ale także sprawiało, iż moja samotna podróż przestawała być aż tak samotna. Wszyscy pukali się w głowę, gdy słyszeli o moim planie samotnej przeprawy przez setki kilometrów patagońskiej ziemi, praktycznie bez dostępu do internetu czy chociażby zasięgu sieci komórkowej. Niewątpliwie najciężej przyszło to zaakceptować moim rodzicom, ale jak zwykle nie zawiedli mnie – zdają sobie bardzo dobrze sprawę z tego, jak istotne są dla mnie marzenia i jak dużo jestem w stanie dla nich poświęcić. Sama podróż okazała się być przede wszystkim wyczerpująca, zapierająca dech w piersiach i frustrująca. Wyczerpująca, gdyż przemieszczanie się z punktu do punktu, bez możliwości zatrzymania się w jednym miejscu na więcej niż parę dni, nieustanne rozpakowywanie i pakowanie plecaka, często bez możliwości złapania oddechu czy umycia się w ciepłej wodzie – to są koszty takich podroży i nie zawsze łatwo przychodzi ich akceptacja. Zapierająca dech w piersiach, bo to Patagonia. Bo gdziekolwiek się nie przemieścisz, coś cię zaskoczy. Sprawi, że wstaniesz wmurowany w ziemię bez możliwości, czy chociażby chęci, ruszenia się i zaprzestania podziwiania. Bo taka jest Patagonia, jak już się raz ją ujrzy, to ciężko jest o niej zapomnieć chociażby na moment. A gdy już się ją pozna, nie da jej się wyrzucić z głowy nigdy. Ale bywała i frustrująca. Jeżeli nie okażesz jej pokory, to Patagonia splunie ci w twarz. Nie raz, nie dwa.

Nie raz, nie dwa – wystarczająco dużo razy żeby się tej pokory nauczyć. Deszcz, wiatr, zimno, niemożność opuszczenia miejsc, w których nie ma całkowicie niczego, gdyż uniemożliwiają to warunki pogodowe. Taka jest Patagonia – powiesz jej co masz w planach, a ona wyśmieje cię, i powie „podziwiaj to. co widzisz, korzystaj z tego. co masz, odłóż plany na bok i po prostu bądź”. Myślę, że jeszcze trochę czasu zajmie mi docenienie piękna Patagonii, bo jest to miejsce nieocenione. Jeśli przeczytam jeszcze raz chociażby jeden poradnik internetowy, który mi powie, że można przeprawić się przez to piękne miejsce w cztery tygodnie, to go wyśmieję. Patagonia to o wiele, wiele więcej niż to, co pokazują turystyczne przewodniki. A nawet śmiem powiedzieć, że tu wszystko jest piękniejsze bez turystów. Tylko Ty i natura. Nic więcej. Jeśli kiedykolwiek wybierzecie się w te okolice, zapomnijcie o Torres del Paine. Dajcie się ponieść spontaniczności, niech przygoda Was poniesie. Bo to jest właśnie najpiękniejsze w podróżowaniu – swoboda robienia tego, na co ma się ochotę i docenianie każdego nowego dnia, nawet gdy nie do końca jest on takim, jakim go zaplanowaliśmy. Wiele osób pyta mnie, czy Patagonia spełniła moje oczekiwania. A to ciężkie do odpowiedzenia pytanie, gdy żyje się jednym marzeniem przez siedem lat. Mogę powiedzieć, że zdecydowanie było to doświadczenie inne, niż się spodziewałam. Wyruszając z zaplanowanym każdym dniem, mając w planie wszystkie najbardziej rozpoznawalne zakątki Patagoni, miałam wrażenie, że jest to recepta na sukces, recepta na wyniesienie najlepszego możliwego doświadczenia z tej podróży. Ale te sześć tygodni pokazało mi, jak bardzo się myliłam. Pokazało mi, że moja podróż to coś więcej niż natura. Że to także podróż po moim wnętrzu, myślach, charakterze. Że to podróż o wiele bardziej kulturalna aniżeli mogłam się kiedykolwiek spodziewać. Że to podróż zupełnie inna, niż miałam zaplanowaną. Nie mówię że gorsza, mówię że inna. Bo Patagonia nie lubi, jak się robi na nią plany. A podróżowanie to nie tylko to, co na na zewnątrz. To również wszystko co się dzieje w środku Ciebie, gdy podróżujesz.