Joanna Sędzikowska

Z zawodu jestem informatykiem, z zamiłowania pisarką, nurkiem i podróżniczką oraz Eskimosem dla moich dwóch psów zaprzęgowych. Zwiedziłam wiele krajów Europy i obu Ameryk. Widziałam ogromne sekwoje w Kalifornii, Machu Picchu w Peru, włóczyłam się po ekwadorskiej dżungli, a w Andach zdobyłam 5-ciotysięcznik. Nurkowałam z rekinami na Galapagos i z wielorybami na Malediwach. Z plecakiem podróżowałam po Azji, Australii i Nowej Zelandii.

W swoich podróżach przyglądam się głównie naturze, ale równie fascynujący są ludzie – zwłaszcza rdzenni mieszkańcy, z którymi szybko znajduję wspólny język, nawet w odległych krańcach globu. Zwykle stronię od wielkich miast, poznając kulturę i lokalny koloryt danego miejsca dzięki kontaktom z farmerami, góralami i młodymi ludźmi.

Tytuł prezentacji:Nowa Zelandia – kraina wielkich paproci, błękitnych muszli i świecących robaków

W Nowej Zelandii byłam w czasie tamtejszego lata. Przyroda i krajobraz tego miejsca powaliły mnie na kolana. Widziałam wielkie drzewiaste paprocie i słuchałam ogłuszających chórów cykad. Oglądałam wysokie na 30 m gejzery i kolorowe, wulkaniczne jeziorka. Spływałam podziemną rzeką na samochodowej dętce, podziwiając sklepienia jaskiń rozjaśnione tysiącami świecące robaczków.

Wędrowałam w rakach po lodowcu, gdzie lód naprawdę jest niebieski. Poleciałam śmigłowcem na czynny wulkan, który wybuchł dzień wcześniej. Zwiedzałam go w masce gazowej. Nauczyłam się kobiecego Poi Dance i Hakka – tańca wojowników. Zachwyciły mnie wielkie kamienne kule na plaży. W oceanie nurkowałam z delfinami. Łopatką za 5 dolarów wykopałam sobie dołek i spędziłam popołudnie w gorącej wodzie tuż przy brzegu lodowatego oceanu.

Na południowej wyspie jadłam matton birda i rozmawiałam z Maorysami. W zimnej rzece płukałam złoto. Latałam z pilotem szaleńcem samolotem akrobatycznym. I pokochałam ten kraj, w którym na każdego człowieka przypada 40 owiec, przez drogi płyną wodospady, a nieznajomi mówią sobie „dzień dobry” na powitanie i zawsze znajdą chwilę na rozmówki o pogodzie – tylko dlatego, że w niektórych miejscach widuje się głównie owce.

Do domu przywiozłam pełną torbę własnoręcznie nazbieranych muszli Paua – błękitnego złota Maorysów i drewnianą pałkę do rozłupywania ludzkich głów.

Tytuł prezentacji:: Australia – z czerwonym pyłem na butach i białym kakadu w sercu

Australia ma wszystkie strefy klimatyczne ziemi, więc trudno powiedzieć czy byłam tam wczesną jesienią czy na początku pory deszczowej. Oprócz obowiązkowych punktów takich jak Sydney, gdzie Fish Market, Muzeum Morskie czy wystawa figur woskowych Madame Tussaund powaliły mnie na kolana, odwiedziłam tropikalne Cairns.

Nurkowałam tam na Wielkiej Rafie Koralowej umierając ze strachu przed zabójczymi meduzami i podziwiałam roje kolorowych papug, które obsiadały drzewa niczym nasze wróble robiąc jazgot nie do uwierzenia. Wybrałam się na przejażdżkę samochodową do niedalekich Lava Tubes – jaskiń wydrążonych przez podziemne rzeki lawy. Jak na Australię, to była krótka wycieczka – jakieś 400 km w jedną stronę. Odległości w Australii to temat na osobną prezentację. Podobnie jak papugi. Po drodze podziwiałam pociągi drogowe, stada kangurów, kopce termitów i Catedral Fig Tree – ogromne figowce do których można wchodzić.

Poleciałam do gorącego jak piekło Darwin, zwiedziłam Ubirr – magiczne miejsce gdzie znajdują się najstarsze ślady kultury aborygeńskiej – cudownie zachowane rysunki naskalne. I gdzie dostałam udaru cieplnego. Karmiłam krokodyle i podziwiałam orły i roje białych kakadu, i miałam pierwsze, niezbyt miłe kontakty z Aborygenami. W Alice Springs, gdzie o poranku budziły mnie wyciem psy Dingo, a wieczorem na niebie lśnił jak na dłoni krzyż południa, wybrałam się na czerwone MacDonell Range, fragmentem słynnego Larapinta. Odwiedziłam też Urulu – mekkę podróżników.

Autobusem wypełnionym Aborygenami jechałam dobę do zapomnianego przez świat, pustynnego Coober Pedy – podziemnego miasta gdzie wydobywa się opale, gdzie sklepy, domy, restauracje i hotele znajdują się pod ziemią, a na polu golfowym nie rośnie nawet kępka trawy. Ostatnie dni spędziłam w Perth, odwiedzając mennicę, Zoo w którym można było bawić się z kangurami i brać na ręce koale, białą plaże z dziwnymi „rzeźbami”, których genezy nikt nie zna i australijskie Alcatraz – więzienie we Fremantle, zamknięte w latach 80 ubiegłego wieku a następnie z powodu smrodu wietrzone przez kolejnych 20 lat.

Wracałam do domu z poczuciem niedosytu. Australia to kraj do którego bardzo chciałabym wrócić.

Organizatorzy

Facebook